PAN, BÓG i PIWO

Sierpień 9, 2013 w Jany, Stare LaBestie by Jany

,,Jeden woli Mozarta, drugi jak mu nogi śmierdzą”
W tym świecie, a tylko w nim ma sens nasza rozmowa, nie ma prawdy obiektywnej, są prawdy mniej lub bardziej (inter)subiektywne; każdy ma jakąś tam rację, która jest wystarczającą dla niego – jeśli przestaje nią być – szuka lepszej bądź gubi się. Nikt inny nie może za drugiego wiedzieć, czego potrzebuje – więc nikt nie ma prawa mówić, co jest dobre dla innych, zwłaszcza gdy z nim samym nie jest najdobrzej. A tak właśnie jest z Kościołem, który dawno już utracił żywotność i wpływ na morale wiernych, za to nieustannie pcha się z paragrafami w nasze życie.
Moim głównym zarzutem przeciwko chrześcijaństwu jest dosłowność rozumiana nie tylko jako dogmatyzm, ale i zastępowanie ducha literą, mitu historią… „Prawda, którą możemy wyrazić słowami, nie jest prawdą” powiada Lao tsy w „Tao te kingu”. Żaden opis H2O nie powie nam czym jest woda naprawdę, musimy ją zobaczyć, dotknąć, posmakować, zanurzyć się w niej. Tak samo jest i z bogiem (czy raczej – Panem; etymologicznie -a i teologicznie- rzecz biorąc słowo „bóg” oznacza (sz)część(e), dolę, (u)dział etc., tymczasem bóg jako absolut oznacza pełnię a nie osob(n)ę i temu stanowi rzeczy odpowiada imię „Pan”). Nie można opisać całości, bo nawet gdybyśmy poświęcili na to całą wieczność i napisali milion biblii, to i tak obok wszystkiego zaistnieje ów opis, a jego uwzględnienie będzie wymagało kolejnego opisu, który zaistnieje obok, no chyba, że i to opiszemy, ale wówczas ów opis… i tak bez końca.
Tymczasem chrześcijanie twierdzą, że mają książkę, w której zamknęli Pana (boga), i że -mimo sprzeczności pomiędzy jej częściami- ich bóg to bóg prawdziwy, ba – że inni ludzie mają ich w związku z tym słuchać etc. No więc wziąłem to do siebie i: 1) nie będę miał innych (nota bene – a więc są inni !?!?!) bogów przede mną. Nie potrzebuję niczego więcej od nich, bo nic mądrego o Panu mi nie mogą powiedzieć. Ale mówią, mówią bez przerwy – bowiem słowa są potrzebne kapłanom, by móc rządzić ludźmi. Gdyby przyznali za Orygenesem (jednym z Ojców Kościoła uznanym potem za heretyka), że mit chrześcijański to nie jest historia a metafora stanu duszy – byliby bliżej prawdy, lecz nie mogliby z tego wyciągać doczesnych wniosków (korzyści). Tymczasem niepokalane poczęcie, zmartwychwstanie itp. są tak samo duchową metaforą jak podniebne loty szamanów, wędrówki wizjonerów po piekle czy sabaty czarownic, których poza wyobraźnią inkwizycji i milionów jej ofiar ani razu (!) nie potwierdzono. Mistrz Eckhart powiedział kiedyś mądrze, że „bóg jest w sercu nie w kościele” (a „kto nie ma boga w sobie, temu przeszkadza nie tylko gwar ulicy, ale i cisza kościoła”). Wolę więc odczytywać mity chrześcijańskie samemu, bez pośrednictwa klechów, którzy zabijają ducha literą – bo to nie ciało, natura etc. jest wrogiem ducha, ale dogmatyzm ! Jest to bliskie zresztą naszej „starinie”, tradycyjnej kulturze (tak słowiańskiej, jak i szlchecko – sarmackiej), która widząc swą młodszość kulturową chętnie sięgała po obce inspiracje, zachowując jednak prawo do ich samodzielnej interpretacji, wydając przy tym owoce o wiele ciekawsze (dla mnie) niż wschodni i zachodni dogmatyzm. Słowiańszczyzna posiadała np. mit o stworzeniu świata przez boga i nieboga (diabła, człowieka), czasem Chrystusa Emanuela i jego starszego brata bliźniaka – Lucyfera Satanaela. Ślad tego pozostał w przysłowiach mówiących o konieczności kooperacji „dobra” i „zła” w tym świecie (poza nim nie istnieją !): „chłop strzela – pan bóg kule nosi”, „boga czcij i ręki przykładaj” (inaczej „coś na bóg zdał, to już stracone”), „boga czcij a diabła nie gniewaj” czy „panu bogu świeczkę a diabłu ogarek” (by „wilk był syty i owca cała” ?). Ale także w otwartości (bardziej akceptacji dla prawa do odmienności niż tolerancji) wobec innych pomysłów, która wynika z owego dualizmu; uniwersalizm głosi, że bytem jest tylko „dobro” (czyli my i to, co jest -dla nas!- dobre), a „zło” to niebyt, brak „dobra”, bunt przeciw niemu… Jest to pozbawieniem „zła” prawa do bytu samoistnego, do istnienia w ogóle. Tymczasem dla dualisty obok „dobra” (ja) istnieje „zło” (ty), istnieje niezależnie, bez względu na to, czy w walce (Ahura Mazda contra Aryman w Iranie), czy we współpracy, komplementarnie (u Słowian i w taoizmie: in i jang). To dlatego przyjście Persów na Bliski Wschód położyło kres wojnom religijnym na unicestwienie, porywaniu całych ludów etc. (m.in. kres niewoli babilońskiej Żydów), jednak bliskowschodni uniwersalizm niczego się nie nauczył, ba – podrzucił nam swoje zgniłe jajo w postaci dogmatycznego chrześcijaństwa (i jego skrajnej nienawiści do dualistów – albigensów (katarów) na Zachodzie i bogomiłów (paulicjan) na Wschodzie).
O alternatywie sarmackiej pisaliśmy już nie raz, nie będę więc tu tego tematu rozwijał. Chciałbym za to jeszcze raz powrócić do idei czwórcy świętej (której symbol, krzyż z półksiężycem, zdobił kresowe kościoły i cerkwie w Rzeczypospolitej, luterańskich kirch nie wyłączając), a którą jako PIWO głoszę (PIWO to skrót od prostaczek – inteligent – wariat – oświecony; matka (NMP) – syn (boży) – (bóg) ojciec – córka (duch święty, mądrość boża – Sophia) w nomenklaturze chrześcijan); otóż jeden lubi być prowadzony za rączkę, drugi szuka, a inny głosi że prawdę znalazł, zaś ten „kto zna prawdę – nie mówi” (Lao tsy) i tak jest dobrze, tak być powinno. Bo „religia” (brzydkie słowo, ale nie mam lepszego) powinna być adekwatna do stopnia rozwoju duchowego jednostki, tymczasem klechy (W) twierdzą, że wiedzą co jest dobre dla nas i chcą nas prowadzić za rączkę (P), przeciw czemu część z nas się buntuje (I) i wszyscy mówią o bogu (że jest, że nie jest, że chce tego czy tamtego, tak jakby ten, który jest wszystkim, mógł chcieć czegokolwiek), a to przecież bzdura (O). I wszyscy mają rację, swoją i dla siebie.

aMen+

JAny