by admin

O babach i chłopach

Sierpień 9, 2013 w Maleństwo, Stare LaBestie by admin

Świat postrzegamy na bardzo wiele sposobów, właściwie każdemu maluje się on trochę inaczej, jednym jako walka, innym jako bajka, jedność i całość, jasna lub ciemna. Do rozważania tematu kobiecości i męskości w nas i poza nami jak najbardziej, jak sądzę, pasuje wariant kompozycji, olbrzymiej układanki, gdzie przeplatają się niezliczone ilości elementów – łączą się, dzielą, współgrają czy zdecydowanie kontrastują. Do tych elementów zaliczyć również można „pierwiastek żeński” i „męski”.
Właściwie już tutaj zaczyna się problem budowany od dość dawna przez różne próby określenia relacji między jednym a drugim. Większość analizujących tę kwestię osób posługuje się tutaj terminem „opozycja”, który automatycznie odcina możliwość łączenia czy wymieniania każdego z tych elementów. Kobiecość i męskość widziane wyłącznie jako przeciwieństwa trudno jest przecież rozumieć jako (na przykład) odmienne sposoby przejawiania się człowieczeństwa. Pozostaje przez to między nimi jakiś, wydawałoby się, nie do przekroczenia dystans, bariera narzucająca jednemu wykluczenie możliwości istnienia w tym samym momencie, zaraz obok tego drugiego. Przy czym, chyba żeby jeszcze bardziej zagmatwać sprawę, używa się nazewnictwa wartościującego, mówi się o jednym „zły”, o drugim „dobry” bez zwracania uwagi na „okoliczności towarzyszące”, tło działania pierwiastka. I robi się straszny bałagan, kobiecie przypisuje się to, mężczyźnie owo, potem walczy się o to, by kobieta mogła owo, mężczyzna to… Czy jest to nieuniknione? Właściwie to pytanie spowodowało moje nad tą sprawą „pochylenie”, chęć obejrzenia jej dokładnie i z bliska, żeby może coś oświetlić, rozjaśnić.
Osobiście wychodzę z założenia, iż istnieją pewne cechy bardziej charakterystyczne dla mężczyzn, niż dla kobiet i odwrotnie. Wydaje mi się jednak, iż sprawą niezwykle ważną jest uświadomienie sobie względności owego „bardziej”, innymi słowy zdanie sobie sprawy z naszej jako gatunku różnorodności. Różnice między kobietami i mężczyznami wynikające z ich budowy fizycznej zostały już chyba dość wyczerpująco opisane w literaturze medycznej. Książka pt. „Płeć mózgu” jest jednym z przykładów odpowiedzi na „zagadkę płciowości”, zwracam jednak uwagę na jednostronność tego źródła, zakładam bowiem, że człowiek to nie tylko zestaw pierwiastków chemicznych, któremu bóg, ewolucja czy przypadek nadały jakąś określoną formę. Zdaniem autorów ww. książki kobietom trudniej jest analizować i przeżywać oderwane aspekty jednej sprawy, podchodzą do problemu jako integralnej całości, nie poszczególnych elementów. Mężczyźni – odwrotnie, o wiele lepiej radzą sobie z częścią , niż z całością, są więc w stanie skupić się na jednym szczególe bez zwracania uwagi na całą resztę. Jest to niewątpliwie uproszczenie sprawy, jednak na tym opiera się, jak sądzę, podstawowa różnica między płciami zgodnie z badaniami nauk szczegółowych.
Czas przejść dalej. Na gruncie swoich „naturalnych predyspozycji” człowiek buduje przecież o wiele bardziej skomplikowaną całość. Najpierw powoli przyswaja płynące z zewnątrz wzorce, zaś później, mniej lub bardziej świadomie, wybiera spośród pojawiających się wokół elementów te najbardziej dla niego istotne. W tym momencie należałoby się dobrze zastanowić nad rolą rodziny, szkoły, kościoła, państwa i wielu innych instytucji. Pewne wzorce pojawiają się bowiem (za) bardzo intensywnie i odciskają na człowieku często niezniszczalne piętno. Anarchizm pojęty jedynie jako walka z policją, podatkami i McDonaldsem wydaje się tutaj niewystarczający, jeżeli ma stanowićpostawę wolnością. Realizacja własnej niezależności zawiera w sobie również aspekt samoświadomości, pojętej odrobinę szerzej niż zakłada konwenans. Warto by tu rozwinąć wspomniany wyżej problem wyboru, tego już samodzielnego, pojawiającego się obok nas możliwości. Możemy bez żadnych pytań czy wątpliwości przyjąć schematyczną interpretację kobiety i mężczyzny, po czym zgodnie z nią sztywno klasyfikowaćnapotykanych ludzi. Jest to jednak sposób o tyle ryzykowny, że zamyka nas na możliwość zauważenia (i dokonania) olbrzymiej pracy nad charakterem innych (czy swoim). Zostaje w ten sposób zanegowana możliwość rozwijania przez mężczyznę zdolności przypisywanych kobietom i odwrotnie. (Abstrahujętutaj od problemu akceptowania mniejszości seksualnych, które na tym etapie rozumienia świata wydawać sięmuszą anomalią nie do przyjęcia).
Z drugiej strony takie niekonwencjonalne przystosowania lub zdolności mogą pojawić się również jako efekt wychowania czy, jak sądzą z kolei niektórzy naukowcy (np. autorzy „Płci mózgu”), odmiennej budowy organizmu.
W związku z powyższym o wiele bardziej uzasadnionym podejściem do problemu kobiecości i męskości jest to, którego podstawę stanowi weryfikacja, a w zasadzie twórcza krytyka stereotypu, w jakim wyrośliśmy. Cechą charakterystyczną takiego postępowania nie jest negacją i chęcią zniesienia płci w ogóle (czego konsekwencją byłoby świadome kultywowanie bezpłciowości), lecz otwrte podejście do każdego człowieka. Jednostka postrzegana jest wtedy nie jako a priori zdefiniowana, w jakiś sposób zatrzymana na konkretnym szczeblu rozwoju, ale bardziej dynamicznie, jako podmiot aktywnie realizujący własne zamierzenia, które mogą wykraczać poza związany z jego płcią schemat.
Tak więc, wracając do początkowych rozważań o „pierwiastkach” spotykając Drugiego mamy do czynienia z nieokreślonym z góry, choć oczywiście do pewnego stopnia poznawalnym, zestawem „kobiecego” i „męskiego”. Możliwym i akceptowalnym staje się zgodne współistnienie w ramach jednej osoby wielu różnych sposobów odczuwania, postrzegania czy wyrażania. Elementy męskie i żeńskie nie muszą się wzajemnie wykluczać, skoro mogą zaistnieć w jednym człowieku, „wbudowane” w jego charakter świadomie czy nieświadomie. Problemem konkretnej osoby może stać się NIEZNAJOMOŚĆ siebie czy kogoś innego, bądź też nieumiejętność zaakceptowania własnego lub cudzego charakteru. Trudność ta nie polega jednak na jakimś wymyślonym i skądinąd bardzo wygodnym micie „konflikliktu płci”, lecz na dysharmonii, jaką nosi on w sobie i którą czasami, dla uproszczenia całej sprawy przypisuje on całemu światu. Ale to już zupełnie inna historia…

maleństwo
by admin

My jesteśmy małe Neronki

Sierpień 8, 2013 w Maleństwo, Stare LaBestie by admin

  Melancholia jest jak dotąd zjawiskiem niezdefiniowanym. W takim sensie, że wszystkie opisy tej choroby różnią się od siebie. Jest tylko jeden stały element wymieniany przez psychiatrów, jako wspólny wszystkim chorym – „poczucie utraty”. Niewielu pacjentów jest w stanie określić dokładnie czego. Prof. Rosińska (UW) postuluje, że dokładnie każdy może stać się ofiarą tej nowej zarazy dwudziestego wieku, od artystów po słuchaczy disco polo.
Analizując nasze czasy, świadomość człowieka tego nieszczęsnego stulecia, trzeba założyć pewien podział ludzi, czego nie czyni niestety większość socjologów, traktując gatunek homo sapiens jako dokładnie jednorodny. Epoka, w której przyszło nam radośnie koegzystować jest zazwyczaj definiowana jako „era mas”. Nazwa skądinąd chwalebna, jednak bardzo uproszczona ze względu na pominięcie czynników niezmasowionych, osób szukających samodzielnie, tzw. avant gardy albo po prostu myślących. Najlepiej pasuje tutaj podział Ortegi y Gasseta na człowieka mas i człowieka wybranego. Teoretycznie właśnie ten wybrany staje się ofiarą melancholii, praktycznie depresję może mieć dokładnie każdy. Owo pogrążenie w „poczuciu utraty”, określane jako nieuleczalne, możnaby w zasadzie nazwać mitologizacją działania. Dzisiaj, po wielkich odkryciach fenomenologii, próbach powrotu do rzeczy samych w sobie (oczywiście na poziomie werbalnym) nikomu nie uśmiecha się aktywność. Wszystko należy ująć w zgrabne ramy definicji i… porzucić (niejednokrotnie wskutek wcześniejszego upalenia czy upicia chociażby).
Za skutki uboczne melancholii uważa się albo bierność albo nadmiar działania. Przykładem tego ostatniego jest choćby Neron, gość, który z nudów gotowy był podpalić miasto. U jednostek bardziej wrażliwych wygląda to, na szczęście, inaczej – w ramach rozładowania wewnętrznego napięcia wynikającego z długotrwałej bezczynności zaczynają one tworzyć. To właśnie wyróżnia ich od człowieka mas, którego jedynym wytworem są owoce defekacji (wrażliwi wydalają puszczając rktyształwe baloniki- red.).
Dla Kierkegaarda melancholia stanowiła depresję ducha, była dla niego zarazem grzechem śmiertelnym, toteż tworzył. Myślę, że ostatnie zdanie może posłużyć za konkluzję.

Maleństwo