Mitozofia sarmacka

8 sierpnia, 2013 w Jany by Jany

Sarmacka rzeczpospolita albo urzeczywistnianie utopii

Tym co odróżnia dawną Polskę od jej sąsiadów na Wschodzie i Zachodzie są masy ludu szlacheckiego i ich Rzeczpospolita (jedyną analogią jest Królestwo Węgierskie, i do pewnego stopnia Czeskie, na przełomie XV i XVI w. związane zresztą z Polską i Litwą (Rusią) wspólną dynastią Jagiellonów). Kiedy normalnie szlachty było ~1%, u nas sięgało to ~10, a na niektórych ziemiach (jak Mazowsze i Podlasie) nawet ~1/4 ludności [dodać przy tym trzeba, że zaledwie ~5% szlachty stanowili tzw. panowie, co jest porównywalne z liczbą i charakterem zachodniej arystokracji; resztę stanowiła szlachta zaściankowa, pracująca na własnych gospodarstwach, i bezrolna gołota, więc określenie jej mianem ludu (narodu) szlacheckiego jest w pełni uzasadnione, zwłaszcza że i elity możnowładcze, kościelne, a nawet mieszczańskie za „plebs” ją miały]. Skąd się owa szlachta wzięła?! W tym miejscu nie idzie mi o legendarne sarmackie korzenie, ale o organizację społeczną i stosunek do postępu. Nie da się ukryć, że byliśmy zawsze w Europie kimś nowym, na wpół barbarzyńskim, lecz przez ową młodszość – bardziej żywotnym. Nasi przodkowie mieli tego świadomość, chętnie szukając obcych inspiracji, lecz bardzo niechętnie przyjmując narzucane im gotowe rozwiązania. Chyba jako pierwsi stanęliśmy przed problemem, który w XIX wieku stał się obsesją rosyjskich, a w XX – trzecioświatowych elit: przyjąć postęp i zatracić tożsamość, czy też odrzucić go w imię wierności starinie? A totalitaryzm kościelno – imperialnej Europy wcale nam tego zadania nie ułatwiał (w świecie przedchrześcijańskim problem ów nie był nigdy stawiany tak ostro, przyjmowało się to, co komu odpowiada, olewając resztę, zachowując obok nowego wiele z dawnych wierzeń czy urządzeń. Tak chciał zrobić i ów kapłan Trygława ze Szczecina po podboju miasta przez Krzywoustego, kiedy stwierdził, że kącina jego boga jest dość duża, by pomieścić i Chrystusa – nie rozumiał biedak, że nowy bóg nie toleruje niczego prócz siebie).

Z jednej strony podjęła szlachta wielki trud przyswojenia sobie i przełożenia na kulturę wiejską tradycji miejskiej cywilizacji antyczno – chrześcijańskiej (wybierając przy tym Rzym republikański przeciw cesarskiemu, kościół soborowy przeciw papieskiemu oraz własne odczytanie ewangelii jako ducha etyki, a nie litery dogmatów, aż po poprawianie Biblii jako niezgodnej z rozumem czy uznanie, iż nie jest ona jedyną drogą do poznania Boga, jak to miało miejsce w przypadku Jednoty Braci Polskich, arian (3)), a z drugiej od początku nieufnie patrząc na dwór, kler i mieszczaństwo jako element obcy, wrogi dawnym obyczajom i swobodom. Największy opór wzbudzało niemieckie mieszczaństwo, przeciw któremu wystąpiono gwałtownie już w początkach XIV w. (pogromy zbuntowanych mieszczan m.in. w Krakowie i Poznaniu, a także „rzeź Gdańska” dokonana wspólnie przez, reprezentujących formalnie Łokietka, Krzyżaków i pomorską szlachtę; na Śląsku w tym czasie władzę w imieniu królów czeskich zdobył i sprawował do XVII w. Wrocław, przez co ziemie te -mimo iż formalnie pozostawały we władaniu miejscowych Piastów- odpadły od Polski). Nie przyjęła też szlachta tzw. prawa niemieckiego (podobnie jak odrzuciła prawo rzymskie czy kościelną inkwizycję), co moim zdaniem miało zasadnicze znaczenie dla powstania masowej warstwy szlacheckiej. W średniowieczu słabość władzy uniemożliwiała bezpośrednie sprawowanie władzy nad wszystkimi, władca decydował się więc na oddanie części swych uprawnień w zamian za pewne zobowiązania (czynsz, służbę wojskową czy po prostu – lojalność); tak powstały immunitety, zrazu przyznawane indywidualnie i na konkretne sprawy (daniny, służba, sądy etc.), potem całym grupom (ziemiom, stanom) i od razu w pełnej, często przyniesionej z bardziej rozwiniętych krajów postaci. Szczególnie chętnie korzystali z tego goście, obcy danemu krajowi kulturą i organizacją życia (kler, mieszczanie, Żydzi), stając się w zamian za opiekę podporą władzy. U nas przyszło to na większą skalę z Zachodu przez Niemcy wraz z falą osadników w XIII wieku. I tam, gdzie postęp był większy owe prawa objęły większą liczbę ludzi (także miejscowych, których przenoszono z prawa polskiego na niemieckie). Zrazu wydawało się to korzystne, umowa ściśle określała prawa i obowiązki stron, dając często niewolnym chłopom osobowość prawną. Na terenach mniej rozwiniętych, jak chociażby Mazowsze, wolni chłopi pozostali przy dawnym prawie książęcym, co miało okazać się w przyszłości słusznym wyborem, bowiem kiedy możni zaczęli walkę o wpływ na władzę chętnie korzystali z poparcia owych chłopo-wojów, półzależnych rycerzy etc., z czasem rozszerzając zdobyte przywileje na swych współrodowców [tu ważna uwaga: ród mógł się składać z uboższych krewnych, którzy przez rozrodzenie i brak dostępu do urzędów tracili w hierarchii społecznej do liderów rodu, ale często współrodowcami byli stronnicy wielkich panów, walczący pod ich herbem / chorągwią na wojnie i pozostający pod ich opieką; jak w antycznych polis była to organizacja a nie rodzina, choć wypływając z naturalnych źródeł zachowała jej nazwę]. Szczególne znaczenie uzyskało to w związku z bezpotomną śmiercią Kazimierza Wielkiego i koniecznością kupowania poparcia i tronu przez jego następców. Zrazu owe przywileje dotyczyły swobód osobistych (zwolnień od podatków, służby wojskowej poza określonym limitem, nietykalności dóbr i osoby bez sądu etc.), potem także swobód politycznych (Nic nowego o nas bez nas, 1505). A kiedy szlachta zdobyła władzę, okazało się, że ci, co pozostali przy prawie polskim obstawili dobrego konia (przy czym na zacofanym Mazowszu były ich całe zaścianki, a liczba ich sięgała 1/4 ludności), zwłaszcza że „goście” po raz kolejny popełnili błąd.

Kler i mieszczaństwo, bojąc się utracenia swych egoistycznych przywilejów [dosłownie prywatnych praw] na rzecz Rzeczypospolitej [dosłownie wspólnej sprawy] mas szlacheckich, nie skorzystały w końcu XV w. z zaproszenia do tworzącego się sejmu, będącego zjednoczeniem sejmików ziemskich i prowincjonalnych; do tego czasu potrafiły wywalczyć sobie pozycję lepszą od mas szlacheckich i porównywalną z możnowładcami, na czele których stali zresztą biskupi. Zadufani w wyższość swej kultury i organizacji nie zauważyli, że średniowiecze się kończy, scholastykę wypiera humanizm, a monarchię stanową szlachecka rzeczpospolita. Dotyczy to szczególnie mieszczan, którzy poza garstką doradców i urzędników ostatnich Jagiellonów zupełnie wypadli z obiegu, nie umiejąc nawet -przez ciągłe spory o przywileje gospodarcze- stworzyć własnej ogólnokrajowej organizacji w stylu sejmu szlacheckiego czy żydowskiego [waad] lub kościelnego synodu biskupów. Kler zaistniał w senacie z racji tego, iż biskupi byli mianowanymi przez króla urzędnikami, lecz jako całość także znalazł się poza rzeczpospolitą i tylko fakt, że z czasem większość wyższych godności kościelnych zagwarantowano dla szlachty, sprawił, iż i on nie wypadł z gry. Najbardziej przytomni okazali się możni świeccy, jako nie-goście podlegający prawu miejscowemu, a w czasie walki o władzę związani byli ze szlachtą, choć i oni nie zauważyli, że naród szlachecki zaczyna przemawiać własnym głosem i atakować tych, którzy stoją mu na drodze, bez względu na to, czy był to odmawiający współpracy król, czy próbujący podważać równość i wolność dworacy. Wbrew temu, co się dzisiaj mówi, Polska nigdy nie stała się krajem oligarchii magnackiej; możnym było łatwiej wygrać wybory czy zyskać protekcję władcy, ale czyż to samo nie dotyczy współczesnych demokracji?! Natomiast bez szlachty nie znaczyli nic (jak to pokazał los Sapiehów pod Olkienikami w 1700 r.), nawet mając miejsce w „nomenklaturze”, dzięki której tworzyła się zresztą magnateria. Wszak to właśnie na tle rozdawnictwa dóbr i urzędów przez króla, które szlachta chciała kontrolować, a radykałowie nawet odebrać i przekazać dla sejmu, doszło do powstania ruchu egzekucyjnego (4).

Traktując wspólnotowo nie tylko państwo, ale i kościół szlachta rościła sobie pretensje do udziału w kierowaniu nim, czy wręcz stworzenia kościoła narodowego, który byłby kolektywną władzą duchową i polityczną zarazem. Jest bowiem charakterystyczne zarówno to, iż Polacy obstawali za władzą sejmu w rzeczypospolitej, jak i soboru powszechnego w Kościele, sprzeciwiając się w obu wypadkach samodzierżawiu czy choćby oligarchii biskupów czy możnych, jak i to, iż nie rozdzielali obu wymiarów, pragnąc etyki tak w polityce zamiast przymusu, jak i w religii zamiast dogmatów. Szło bowiem o praktyczną realizację utopii, wcielenie ideału w życiu doczesnym, tak prywatnym (ziemiańska arkadia), jak i publicznym (samorządna rzeczpospolita).

I nie bezpodstawnie, realizując rzecz nową dla Europy, powoływano się na tradycje, był to bowiem powrót w nowych warunkach do starych plemiennych zasad wolności i równości wszystkich członków plemienia, współdecydowania o wszystkich jego sprawach przez wiec i troszczenia się bogów o życie, a nie po śmierci. Ba, nawet osławione veto i zasada jednomyślności stąd się wywodzą, choć wzmocniło to potem i wysublimowało przekonanie, iż powszechna zgoda jest poświadczeniem zbożności dzieła przez uwidocznioną w niej obecność Ducha św., stojąc przy tym na straży jednostki, której praw nie może podważyć ani król, ani sejm, ani nikt inny niż jej dobrowolne przekonanie o słuszności danej sprawy i wolnej woli udziału w niej. Owej utopii nie wymyślił żaden wyalienowany z życia ideolog. Wyrosła sama w sposób naturalny, znana ongiś wszystkim ludom, lecz zapomniana u innych pod rządami królów, kapłanów i [za]możnych, a przez naszą młodszość, u nas ciągle żywa i odradzająca się wraz z dojściem narodu szlacheckiego do władzy. Rzecz przy tym ważna, zdołano ją podnieść na wyższy poziom, co oddaliło na parę stuleci jej upadek. Trwające w pogaństwie i plemienności ludy już dawno wyginęły lub zostały zniewolone, gdy Sarmaci zdołali nie podzielić losu Połabian czy choćby Czechów i zachować swą niezależność i tożsamość przez całą epokę nowożytną. Na tym polega moim zdaniem inność drogi Rzeczypospolitej, jej alternatywność. O ile bowiem inne ludy, wychodząc z plemienności czy w najlepszym razie średniowiecza, rezygnowały z ustroju etnicznego na rzecz tej czy innej odgórnej władzy, Polacy, a potem Rusini i Litwini zdołali zachować wiele jego elementów i potem, w ciągłej walce utrzymywali a nawet próbowali rozszerzyć budowaną oddolnie samorządną rzeczpospolitą, proponując unię słowiańskiej Rosji, czy walcząc w Europie za waszą i naszą wolność.

Haseł wolności, równości, braterstwa czy idei umowy społecznej nie wymyśliło francuskie oświecenie, bowiem Rzeczpospolita realizowała je u nas w praktyce już parę wieków przedtem. I nie było to czczym sloganem, jak we współczesnych demokracjach, choć nie obejmowało wszystkich mieszkańców krajów między Wartą a Dnieprem, rzecz bowiem w tym, iż tylko społeczeństwo szlacheckie potrafiło się w ten sposób zorganizować i narzucić rządowi reguły gry. Szlachecka rzeczpospolita była rodzajem partii politycznej, która działała na zewnątrz w obronie interesu jej członków, nie próbując jednak sięgnąć po rządy bezpośrednie, które pozostawiano dworowi króla i jego urzędników, ograniczając się do samorządu wewnątrz organizacji. Chciałbym, żeby było to dobrze zrozumiane: dziś wydaje się oczywiste, że istnieje tylko jedna organizacja życia publicznego i jest nią państwo. Tak jest w Europie od zwycięstwa absolutyzmu w czasie wojen religijnych XVI/XVII w., tak jednak nie było w Polsce / Litwie / Rusi do końca XVIII w., bowiem współistniały w niej samorządy stanowe i etniczno-wyznaniowe, niektóre zorganizowane na poziomie lokalnym (jak gminy miejskie, czasem po kilka w jednym mieście ze względu na różnicę wiary i języka), inne także na ogólnokrajowym (jak sejm szlachecki i żydowski, czy kościoły różnych wyznań). Miały one swe prawa, sądy i władze, a ich stosunki z rządem centralnym (królem) regulowały przywileje stanowe itp., będące formą umowy społecznej. Rząd nie mógł ingerować w ich sprawy wewnętrzne, przynajmniej dopóki przestrzegały reguł gry. Nawet wieś miała taki samorząd, choć na ogół -poza dobrami królewskimi, stanowiącymi 1/6 kraju- został on wykupiony wraz z sołectwem przez pana, który właśnie z tego tytułu -a nie swego widzimisię- mógł sądzić poddanych itd. Szlachta jako najlepiej zorganizowana i solidarna rozszerzyła swe wpływy nie tylko w dół, na wieś, ale i w górę, sprawiając, iż królem czy senatorem mógł zostać z czasem tylko szlachcic, a owe władze -wraz z jej izbą poselską- decydowały -pod warunkiem zgody wszystkich trzech elementów układu- o sprawach całego państwa, choć dotyczyło to tylko stanowienia prawa. Sejm nie mógł, mimo prób w tym kierunku, mianować czy odwoływać urzędników, ani wpływać na egzekucję praw w sposób bezpośredni, co zresztą było przyczyną wielu bardzo głupich posunięć rządu królewskiego wbrew woli szlachty. Poza garstką radykałów szlachta nie wychodziła jednak poza samoobronę, a utrata ofensywności przez rzeczpospolitą z czasem doprowadziła do jej upadku (rozbiory, ale i utrata wiary w samorząd na rzecz marzeń o silnym państwie).

Zanim do tego przejdę, chciałbym jeszcze słów parę poświęcić wspomnianej umowie społecznej w praktyce. Otóż była to demokracja oddolna i bezpośrednia, jej bazą były sejmiki, sięgające w tej czy innej formie dawnych wieców (od których wywodzi się zresztą nazwa powiat). Na sejmiki nie wybierano nikogo, jak dziś do tzw. samorządu lokalnego, bowiem każdy miał prawo, a poniekąd i obowiązek w nich uczestniczyć. Zebrana na takim sejmiku (czyli zebraniu) szlachta danej ziemi delegowała na sejm walny swych posłów (wyraz ten oznacza kogoś w rodzaju dyplomaty, taka była bowiem funkcja posła), którzy w imieniu współbraci pertraktowali warunki współpracy (nowe prawa) z królem i innymi posłami. W tej sytuacji nie dziwią ani instrukcje poselskie (poseł nie reprezentował siebie czy abstrakcyjnego „narodu”, lecz swój sejmik), prawo veta (mają je dziś przedstawiciele państw wchodzących w skład Unii Europejskiej itp., a Rzeczpospolita była wszak nie tylko unią narodów, ale i federacją sejmików / ziem), czy odsyłanie w trudnych sprawach uchwał sejmu do braci, na sejmiki w celu ich ratyfikacji. Wszystko to miało zapobiec wyalienowaniu władzy, choćby i demokratycznej, ze społeczeństwa. Inną formą zabezpieczenia było odrzucenie prawa rzymskiego i jego zawodowych interpretatorów, jurystów (którzy potem zgubili demokrację w USA). Kiedy Batoremu zabrakło pieniędzy na wojnę z Iwanem Groźnym, szlachta uchwaliła podatki w zamian za odstąpienie jej przez króla uprawnień sądu najwyższego (Trybunał Koronny 1578, Litewski 1580), do którego deputatów na sędziów także wybierały ze swego grona sejmiki, pozostawiając sądownictwo, podobnie jak stanowienie prawa, w rękach amatorów, a nie zawodowców, którzy nie liczą się ze społeczeństwem, tworząc zamkniętą kastę uczonych w Piśmie. Ponadto szlachta miała pewien wpływ na obsadę urzędów lokalnych (król wybierał kandydata spośród czterech wskazanych przez sejmik). Na poziomie sejmu można było tego próbować szantażem, bowiem podatki nie były jak dziś stałe, lecz każdy ich pobór musiał być uchwalony przez sejm [dopiero w 1717 uchwalono stałe, choć niewielkie podatki na wojsko, co położyło kres rządom sejmikowym, o czym wspomnę jeszcze potem]. Przede wszystkim jednak szlachta miała prawo oporu, gdyby król zaczął łamać prawo. Rokosz był formą legalnego buntu, z własnymi prawami i sądami konfederackimi, własnymi podatkami i władzą wykonawczą, tak w skali lokalnej, jak i w skali kraju, gdzie władzę najwyższą sprawowała generalność zawiązywanej na czas rokoszu konfederacji generalnej, złożona z przedstawicieli sejmików konfederackich, co było formą sięgnięcia po rządy w państwie w sytuacji wyjątkowej (obok buntu, także w czasie bezkrólewia) i prowadziło nieraz do detronizacji króla. Radykałowie twierdzili nawet [w 1606/7], że skoro skonfederowany naród powstaje by samemu rządzić bezpośrednio, tracą władzę wszelkie formy władzy przedstawicielskiej, a więc sejm, sądy i urzędy, króla nie wyłączając. Na co dzień społeczeństwo szlacheckie zadowalało się jednak patrzeniem na ręce władzy, nie chcąc jej zastępować, ba – uciekając od dworu na wieś.

Pages: 1 2 3 4 5 6 7