POSTĘP

Sierpień 9, 2013 w Inne, Stare LaBestie by admin

Jest takie słówko i kryjące się za nim zjawisko, które przez ostatnie parę wieków kojarzono na ogół pozytywnie i tylko tracący pozycję dawniej uprzywilejowani (kler, arystokracja) lub kontrowersyjni intelektualiści (jak Rousseau) kontestowali je – mowa oczywiście o postępie, który miał oznaczać więcej wszystkiego, i rzeczywiście było więcej, tak dobra jak i zła… Postęp bowiem oznacza wzrost, a jak uczy taoizm – każda rzecz doprowadzona do skrajności zmienia się w swoje przeciwieństwo (koncentracja sił i środków w jednym ręku pozwala więcej zdziałać, ale i zaszkodzić: fabryka może wyprodukować więcej niż rzemieślnik, ale bandyta nie jest tak groźny jak generał czy inny dyktator; zresztą i fabryka traci dobre strony, gdy nie chce już tylko zarabiać na chleb, ale musi produkować dla zysku i przetrwania na rynku, choćby nie było na to popytu… Zaś nieszczęście polega na tym, że nie da się tych procesów wzrostu rozdzielić). Nasz świat ma swoje granice, choć fanowie postępu w XIX wieku (a co bardziej tępi i dziś) sądzili, że możliwości wzrostu są nieograniczone. Oznacza to, że żeby komuś coś dać, komuś trzeba zabrać. Rosnąca stale ludzkość poszerzała swą przestrzeń życiową kosztem przyrody, Zachód bogacił się kosztem swych kolonii, elita zaś kosztem spychania na margines coraz większej części społeczeństwa. Dziś bariery wzrostu widać już wyraźnie i coraz trudniej uczynić krok naprzód, bo coraz mniej można zabrać przyrodzie, krajom Trzeciego świata, biednym – mniej mają niż dawniej, a co więcej – stawiają coraz większy opór. Do ograniczonych umysłowo uczestników szczurzego wyścigu ta prawda dochodzi z trudem, kiedy natrafiają na opór myślą tylko jak wygryźć konkurencję. Cały świat ogranicza się dla nich do profesjonalizmu i profitów z tegoż, pracy i konsumpcji. Poza tym życie własne, nie mówiąc już o innych ludziach, a zwłaszcza przyrodzie, nie istnieje. Pytać: po co to wszystko ? nie próbują. Autorefleksja, jeśli w ogóle się pojawia, nie wychodzi poza kwestie typu: czemu nie wyszło, co zrobić by się nie dać, itp. Kiedy pytania robią się za trudne zawsze można sięgnąć po „rozrywkę”, zakorkować głowę jakimś dragiem czy powrotem do wyścigu o miejsce przy korycie…
Po co żyje człowiek ? Czy potrzebuje tyle śmiecia by udzielić sobie odpowiedzi na to pytanie, by żyć w sposób szczęśliwy ? Czy ilość rzeczy, wynalazków, pieniędzy, informacji wokół nas poprawia jakość życia ? Czy nie żyło by się przyjemniej, gdyby każdy z nas miał dajmy na to domek z ogródkiem, zaspokojone podstawowe potrzeby, sporo czasu wolnego na kontakt z rodziną, sąsiadami, znajomymi, ale i na samotność, dla duszy… ?! Po co kierat szkoły, pracy, kariery, polityki, po co jechać daleko samochodem czy samolotem, oglądać inne światy w żurnalach, telewizji czy internecie ? Czy nie mamy do zrobienia niczego tutaj i teraz, czy musimy wciąż od siebie uciekać ? Więc na co to wszystko, skoro za każdym nowym osiągnięciem biegniemy jeszcze dalej, bo może tam coś się stanie, jakiś cud, który wszystko zmieni ["tym razem się nie udało, ale następnym razem na pewno też się nie uda"]. Pomijam fakt, że dla większości pozostają ersatze (podziwianie życia wielkich tego świata, którzy zabijają się z tej wielkości po pijaku, marzenie o szybkich samochodach w małym fiacie rozbitym przez tą chwilę nieuwagi, trzepanie kapucyna nad świerszczykami dla playboya czy chodzenie na wybory dla złudzenia o wpływaniu na rzeczywistość), a mimo to dla wielu to wystarcza, nadzieja na cud i spektakularne upadki tych z góry rozwiewają wątpliwości, przynosząc ukojenie, do następnego razu…
Ludzie zresztą tylko w niewielkim stopniu kierują swoim życiem, na ogół ulegają oficjalnym wizjom świata (od paru stuleci jest to obsesja wzrostu, postępu właśnie), które są tylko przykrywką dla interesów. Postęp nie zaczął się od pragnienia wzrostu, ale od rywalizacji. Wielcy tego świata wciąż pragną więcej, o wiele więcej niż potrzebują do zaspokojenia swoich najbardziej wyrafinowanych potrzeb, a by mieć więcej niż rywale – nie można stanąć w miejscu, bo wypadnie się z gry. Co z tego, że nie zjemy dwu obiadów na raz, ale trzeba wyrzucić w błoto lub zamknąć w sejfie i trzeci, by zakasować konkurencję. Postęp to w gruncie rzeczy koncentracja dóbr (także informacji, siły etc.) a nie ich wzrost – jeśli można coś rywalom zabrać czy zniszczyć – władza chętnie to uczyni, jeśli opór jest zbyt wielki – trzeba sięgnąć do bardziej wyrafinowanych metod, jak handel, a ostatecznie i produkcja (choć i tu idzie o to by odebrać rynek, zniszczyć konkurencyjną produkcję). Dlatego po kapłanach i wojownikach przyszli kupcy i fabrykanci. Bez władzy jednak masowa produkcja nie byłaby możliwa (to dzięki produkcji mundurów i broni dla armii w XVIII w. narodził się przemysł, to zamówienia wojskowe pozwoliły wyprodukować prototypy komputerów, a chęć kontroli polityki i rynku stworzyła mass – media. Na dobrą sprawę tak samo wyglądał zresztą początek cywilizacji, wielkie systemy nawadniania pól na Bliskim Wschodzie organizowane przez „święte PGR-y”, państwa – miasta kierowane przez kapłanów, pismo wymyślone dla potrzeb ich administracji itp.). Tyle że większość owego przybytku pożera właśnie owa władza (dla potrzeb ludzi produkcja wielokrotnie jest za wysoka). Buszmeni San z pustyni Kalhari na zaspokojenie swych potrzeb „pracują” (zbierając żywność) kilkanaście godzin w tygodniu, 2 do 4 razy krócej niż cywilizowani obywatele Zachodu, ba – stać ich nawet, by w razie nieurodzaju poratować sąsiednich cywilizowanych rolników. Czy warto więc trwać w tym kołowrocie ?! Odebranie władzy tego, co nam zabiera (z owoców pracy, ale i czasu wolnego) pozwoliłoby żyć w dostatku każdemu, a jednocześnie poprawiłoby klimat społeczny (np. przestępczość – nie byłoby zbytnio ani po co kraść -wszyscy mieliby na zaspokojenie potrzeb- ani jak – łatwo raz na jakiś czas obrobić bank, trudniej kraść każdy posiłek, a nadmiernych bogactw nikt by nie miał, bo i po co). Może więc zamiast liczyć na wzrost gospodarczy zająć się poprawą jakości życia materialnego, społecznego i duchowego przez zajęcie się sobą i odrzucenie systemu ?! Albo przestać narzekać na niedogodności cywilizacji, stanie w korkach, narkomanię, rozboje, brud, hałas etc., skoro sami przyczyniamy się do ich wzrostu, choćby i tolerując pazerność władzy!
A może po jednym głębszym i zapomnieć o cenie, którą przychodzi nam płacić za postęp, z gębą wlepioną w telewizor (czy czego tam używacie; w końcu jak mawiał koleś od MTV [mocne tanie vino]: nieważne, papież czy Merlin Monroe, CeKaeM czy pół litra, ważne by zwalało z nóg) ?! Do następnego razu…

Russo