by admin

Smoczy labirynt

9 sierpnia, 2013 w Santiago Ebrio, Stare LaBestie by admin

Hasła na ten numer: „Smoki są piękne”; „Smok jest dumny”; „Bycie smokiem to najwspanialsza rzecz na świecie”;

Pewien znajomy smok (tak, dobrze zgadujecie, to ten od mleczka magnezjowego) nudząc się straszliwie dnia pewnego letniego postanowił wybrać się na wakacje do krajów południowych. Jak postanowił, tak zrobił. Pożyczył od pewnego błotnego smoka zza wrzosowych wzgórz słomiany kapelusz, który tamtemu był całkowicie przecież niepotrzebny, do czarnego, dziadkowego neseser wrzucił kilka buteleczek z mleczkiem magnezjowym i nie wiele myśląc wzbił się w powietrze, zatoczył koło nad wioską, w której się stołował przez ostatnie sto… nie, może dwieście lat, nie wiem, szczerze mówiąc komu by się chciało liczyć, wiek w tą, wiek w tamtą, to dobre dla ludzi, a nie dla dorosłych smoków… Wracając do naszego znajomego smoka, skierował się prosto na południe, zostawiając za sobą bielące się kości swych niewinnych i skromnych posiłków.
W podróży miał wiele przygód godnych swego gatunku i imienia znanego w świecie smoków zjadacza pociągów ( L.B. też o tym już pisała), lecz naszym zadaniem jest tutaj opowiedzenie o jednej przygodzie z owych co mu się przydarzyły. W mieście co leży tam, gdzie stykają się dwa kontynenty i dwa morza łączą, obsiadły go nagle, zdradziecko atakując, insekty z gatunku comornicus rozbujnicus i wyssały z niego ponad litr krwi (smoki mają jej dużo, a te robale są wyjątkowo żarłoczne), całe szczęście zaraz padły przeżarte, głupie nie wiedziały że smocza krew jest jak kwas mocnie straszliwa. Chlipiąc jednak zgubną dla nich juchę, zaraziły naszego kochanego smoka jakąś francą paskudną.
Kolejnego wieczora smok zachorował, pustkę między uszami ból straszliwy przeszył, a wysoka gorączka ciało opanowała, bo trzeba wiedzieć, że smoki, choć gady, jak ci słabi ludzie stało krwistymi istotami są. Nasz niezłomny i gruboskórny (pięknie lśniące i twardsze od stali są smocze łuski) smok butelkę dobrego na wszystko lekarstwa wypił. Mleczko magnezjowe jak zawsze naszego bohaterskiego smoka nie zawiodło i dzielnie czoła ogniu trawiącemu smoka stawiło, niestety zabić tej ludzkiej francy rady nie dało, jak prawdziwy anarchista, zaszyła się ona w najdalszych, najmroczniejszych i najbardziej przerażających zakamarkach smoczego ciała i duszy (bezczelnym kłamstwem rozgłaszanym przez złych ludzi zwanych księżmi jest twierdzenie jakoby smoki nie miały duszy) by sił do ataku nabrać.
I zaatakowała, zdradziecko po trzech tygodniach tzw. inkubacji z siłą, trzeba to przyznać, godną machnowskiego czarno gwardzisty. Naszego boskiego smoka poraziła gorączka przewyższająca tysiąckroć temperaturę jego własnego tlącego się w smoczej piersi ognia, którym już nie raz stopił zabłąkanego rycerza lub jambo-jeta. Nic nie pomogło tym razem nawet sześćset sześćdziesiąt sześć butelek mleczka magnezjowego, całe od razu uszami wyparowało, wszystkie łuski do czerwoności się rozgrzały, a wszystko czego się dotknął natychmiast spalało się, topiło i parowało. W końcu zapadł się w sobie i znalazł się w ciemnej czeluści.
Po jakimś czasie do labiryntu opadł, cały on różowy był, z słodkich bezów zbudowany, tam kwiatami pachniało, ptaszki śpiewały, różne strumyki płynęły, fontanny szumiały – jednym słowem paskudztwo. Nasz otumaniony smok długo się błąkał, aż sobie przypomniał, że kiedyś pewien brodaty i niesmaczny (dosłownie) pustelnik powiedział mu że jeśli będzie szedł w labiryncie wzdłuż którejkolwiek ściany prędzej, czy później znajdzie wyjście, o ile takowe istnieje. Tak też postąpił, a gdy przeszedł przez bramę, obudził się zdrowy i głodny.
Drogie smoczęta morał jest z tego prosty: Nam Smokom-Boskim Istotom, żadne mleczko magnezjowe, a tym bardziej jacyś lekarze nie są potrzebni, niech sobie strajkują, niech się zwalniają, tylko szkoda, że głodują – tacy wychudzeni nie są wcale smaczni a wielce nieprzydatni. Smoki leczą się same, no, a jeśli się nie uda… no to cóż, to też może być interesujące przeżycie. Nietzsche miał powiedzieć, że „Mądrość jest kobietą, która może pokochać tylko wojownika” ciekawe czy biedaczek wiedział, że nie ma bardziej zniewalających kajdan dla wojownika niż ręce i ramiona, nogi i uda kobiety?

Santiago Ebrio
by admin

RATUNKU POLICJA!

9 sierpnia, 2013 w Inne, Stare LaBestie by admin

Brutalne zabójstwo maturzysty Tomasza Jaworskiego wstrząsnęło opinią publiczną. Sprawa ta podejmowana była przez wszystkie nieomal media. Rzeczowe relacje ustąpiły jednak miejsca ogólnej histerii, w której celowała zwłaszcza TVP. Prezentowane na szklanym ekranie wywiady z premierem, ministrami i policjantami zajmującymi się tą sprawą, miały nas przekonać, że jedyna instytucją mogącą zapewnić nam bezpieczeństwo jest policja. Ale aby mogła ona sprostać temu zadaniu potrzebuje więcej nakładów finansowych oraz zwiększenia swoich kompetencji (komicznie wyglądały błagania o przywrócenie kary śmierci, zwłaszcza w ustach tych, którzy jeszcze niedawno wnosili o jej zniesienie – tzw. kiełbasa wyborcza).
Propozycje te mają uzdrowić polską policję i być swoistym panaceum na problem przestępczości.
W tym samym czasie Kuratorium Oświaty w Gdańsku zlikwidowało ok. 100 etatów w placówkach oświatowo-wychowawczych w całym województwie. Bo niby po co zajmować się dziećmi i młodzieżą. Podobnie wygląda kwestia funduszy rządowych na profilaktykę środowiskową. Co roku są one zmniejszane, gdyż ministrowie, a co za tym idzie i rząd nie widzą konieczności pracy z młodzieżą pochodzącą m.in. ze środowisk potencjalnie zagrożonych przestępczością.
W rezultacie można dojść do wniosku, że władza, jak gdyby świadomie nie zwraca uwagi na konieczność likwidacji przyczyn działań przestępczych, a jedynie policja zapewni im pełne bezpieczeństwo. Nic bardziej fałszywego!
Próby zwiększenia kompetencji policji muszą budzić obawy zwykłych obywateli, gdyż powtarzające się nadużycia władzy przez tzw. „stróżów porządku” (Białystok, Łapy k.Łomaz, Warszawa, Bytom, Wrocław, Sopot) stanowią właśnie dla nas wszystkich, a nie dla przestępców, których policja się boi, potencjalne zagroźenie .

Piotr
by admin

Nigeria iS hell

9 sierpnia, 2013 w Inne, Stare LaBestie by admin

Przed dwoma [w 1996 r.] laty Ken Saro Wiwa oraz ośmiu jego towarzyszy zostało skazanych na śmierć tylko dlatego, że upomnieli się o przestrzeganie podstawowych praw człowieka we własnym kraju.
Wraz z odkryciem złóż ropy naftowej w Kraju Ogonich (pd. Nigeria) w roku 1958 zapoczątkowany został rozwój, który zmienił oblicze kraju. 80% dochodów państwowych oraz blisko 90% dochodów dewizowych Nigerii pochodzi z wydobycia ropy naftowej w delcie Nigru. W 1977 roku ówczesny rząd zalegalizował konfiskatę ziemi w Kraju Ogonich, nie uznając przy tym prawa jej właścicieli do odszkodowania.
Za niewyobrażalne zniszczenia środowiska – spowodowane licznymi wyciekami ropy z rurociągów oraz wypalaniem się gazu nie poczuwa się odpowiedzialny ani rząd, ani firmy wydobywcze (głównie SHELL, ale także AGIP, MOBIL), ani zamieszkujący kraje wysokorozwinięte konsumenci wyrobów tychże koncernów. Duża część społeczności żyje nędzy – oderwana od tradycyjnych metod życia jak rybołówstwo a ponadto dyskryminowana m.in. przy zatrudnianiu w wydobyciu ropy naftowej.
By bronić się w pokojowy sposób przeciw wywłaszczeniom oraz dyskryminacji, Ogonii utworzyli w roku 1990 ruch MOSOP (Ruch na Rzecz Przetrwania Ludu Ogonich) – nie uznający przemocy jako metody walki.
MOSOP domaga się politycznej autonomii oraz ekologicznej, społecznej i ekonomicznej sprawiedliwości. W wielonarodowej Nigerii żyje ponad 200 grup etnicznych. Jedną z nich stanowią Ogonii zamieszkujący deltę Nigru, a liczący ok. 500.000 osób.
Członkowie MOSOP są od roku 1993 obserwowani, wzywani do przesłuchania i często torturowani przez służby specjalne. Morderstwo czterech Ogonich podczas jednej z manifestacji, zostało wykorzystane przez rząd wojskowy jako pretekst do rozprawy z opozycją. W związku z tym morderstwem stracono w październiku 1995 roku przywódcę MOSOP – Kena Saro Wiwę oraz ośmiu innych opozycjonistów. W międzyczasie
19 dalszych osób należących do Ogonich zostało postawionych przed Wojskowym Sądem Specjalnym w związku ze wspomnianym morderstwem. Przez długi czas przetrzymywani byli bez postawienia konkretnych zarzutów.
Proces 19 Ogonich przed sądem jest wciąż odwlekany, gdyż jak twierdzą władze Sąd musi być zlustrowany pod względem prawowitości. Postawienie uwięzionych przed „Magistrat Court” zdaje się być zatem kolejnym elementem rządowej taktyki opóźnienia procesu i ostudzenia międzynarodowych protestów.
Istnieje uzasadniona obawa, że zatrzymani zostaną po nieuczciwym procesie skazani na śmierć lub długie więzienie. Mogą zostać podobnie jak Saro Wiwa uznani za winnych morderstwa, mimo że tylko uczestniczyli w demonstracji, podczas której do niego doszło.
Obecnie wielu z nich wymaga natychmiastowej opieki lekarskiej, gdyż choruje ze względu na niewłaściwe warunki w więzieniu.
A jak poza tym żyje się w Nigerii?
Brak wolności słowa oraz samowolne aresztowania: Mimo iż nigeryjska konstytucja uznaje prawa wolności słowa, zgromadzeń oraz stowarzyszeń w rzeczywistości nie są one jednak respektowane. Wciąż prześladowane są osoby zaangażowane w opozycji lub krytykujące w jakikolwiek sposób rząd. Dotyczy to związkowców, ekologów oraz rzeczników praw człowieka. Tak np. Gani Fewehinm – prawnik i rzecznik praw obywatelskich ze względu na swą aktywność na rzecz praw człowieka więziony jest od stycznia 1996 bez postawienia mu jakichkolwiek zarzutów.
Tortury oraz więzienie bez możliwości kontaktu ze światem: Często właśnie opozycjoniści więzieni są przez nieograniczony czas bez możliwości kontaktu ze światem. Dekretem nr 2 z 1984 rząd może doprowadzić do milczenia każdego niewygodnego krytyka. W celu wymuszenia zeznań świadkowie oraz oskarżeni poddawani są torturom lub nieludzkiemu i poniżającemu traktowaniu.
Egzekucje: Zastosowanie kary śmierci wzrosło dramatycznie podczas trwających od 1993 roku rządów wojskowych. W roku 1995 stracono co najmniej 105 osób, przeprowadzając egzekucje często publicznie. Należy także pamiętać, że nieustannie dochodzi do egzekucji (raczej morderstw) dokonywanych przez służbę bezpieczeństwa bez wyroku sądowego.
Wszelkie reformy, o których zapewnia od czerwca 1996 rząd Nigerii mają charakter pozorny, a w rzeczywistości oprócz uspokojenia opinii światowej służą jedynie mnożeniu administracji sądowej, która jak i dotychczas jest w pełni uzależniona od rządu.
Za AMNESTY INTERNATIONAL Wrocław

by admin

List

9 sierpnia, 2013 w Inne, Stare LaBestie by admin

Nie istnieje jeden Bóg rozumiany jako pan wszystkiego, co żyje. Nie ma nad nami nikogo, kto by sprawował nad nami władzę. Nikt nie ma prawa mówić nam co jest dobre, a co złe. Każdy z nas ma własnego Boga, istniejącego tylko w naszym umyśle. Bóg ten jest Mocą, a Moc jest wszędzie, we wszystkim co nas otacza. Mówiąc “wierzę w Boga” nie stwierdzamy faktu istnienia kogoś (lub czegoś), jest to jedynie przyznanie się do posiadania pewnej religii. Religii jakże różnej od wszystkich istniejących na Ziemi. Religii “prywatnej”, należącej tylko do nas samych. Religii będącej ucieleśnieniem wszystkich wyznawanych przez nas zasad moralnych i wartości. Religii bez hierarchii, dogmatów, przykazań, strachu przed piekłem. Religii, w której jedyną modlitwą jest całe nasze życie. Każdy z nas posiada własnego Boga i własną wiarę. Tak samo jak każdy z nas posiada własny system wartości. To właśnie on jest podstawą naszej wiary. Nie można postępować według cudzych norm, jak to jest we wszystkich masowych religiach z ogromną ilością przykazań, nakazów, zasad, dogmatów. Taka wiara jest już w swej naturze sztuczna, gdyż zakłada dla wszystkich postępowanie według tych samych zasad, wartości. Wierzyć można jedynie w siebie samego, a Boga rozumianego jako symbol naszej wiary czcić we wszystkim co nas otacza. Czcić go nie jako pana i władcę, nie składać mu ofiar, nie modlić się do niego. Czcijmy go postępowaniem zgodnym z naszym własnym sumieniem, a nasze życie niech będzie jedyną modlitwą.
Jedynie taka religia, którą stworzy sobie każdy z nas osobno, jest naprawdę szczera i osobista. Religia nie narzucająca nikomu żadnego sposobu postępowania, religia pełna miłości do wszystkiego co nas otacza. Po prostu nasza własna religia.

piotrek
Jany by Jany

KORONA?

9 sierpnia, 2013 w Jany, Stare LaBestie by Jany

  Człowiek jest koroną stworzenia, korona zaś oznacza pełnię symbolizowaną przez jej kształt (koło) i zwieńczenie dzieła życia ludzkiego. Pełnia nie jest bowiem nam dana jako coś gotowego, lecz jako zadanie – istnieje potencjalnie i musi być dopiero urzeczywistniona. Bez tego człowieczeństwo nie jest w pełni realne. Dziś ludzi rzeczywistych jest coraz mniej, coraz więcej ni to maszyn do robienia kasy i kariery, ni to wiecznych dzieci, które chcą się bawić, nigdy nie dorastając i nie płacąc rachunku…
Jest to w dużej mierze owocem systemu (nie – wolno) rynkowego, który oczekuje od ludzi tylko dwu rzeczy – po pierwsze tego, że będą dobrymi producentami, po drugie, iż będą jeszcze lepszymi konsumentami owych dóbr, bo żeby system się kręcił produkcja i konsumpcja muszą się nawzajem nakręcać. Stąd owo dziecko – maszyna jakim jest współczesny człowiek (na Zachodzie od dawna, u nas od krachu tzw. komuny). Rzecz przy tym ciekawa, iż ludzie nie akceptują, a często nawet nie zauważają, czy też nie chcą zauważać całości (współzależności) tej pary pozornych przeciwieństw, nie chcą płacić ceny za „balangę, która nie ma końca” i uciekają przed tym w… „balangę, która nie ma końca”. A że różnym ludziom „robią” różne rzeczy, trudniej nam dostrzec, iż w gruncie rzeczy nie ma różnicy między punkiem a filatelistą, ćpunem czy fanem szybkich i drogich aut. Wszyscy oni muszą rezygnować z pełni życia, wchodzić w system i zdobywać środki na owe namiastki owej pełni. Kończą się właśnie wakacje, które odczuwam jako legalny strajk generalny. System w końcu zrozumiał, że po to by trwać musi dać coś masom. Nie wystarczą dekrety państwa i policjanci na rogach ulic, nie wystarczy głód jako przymus ekonomiczny czy kazanie o pracy i piekle dla leniwych. Dziś zamiast (czy też – w cieniu kija) jest marchewka, bo niewolnik w kieracie taśmy produkcyjnej, biurka, sklepowej lady czy kariery potrzebuje długiego weekendu i wakacji, by od nich uciec i by potem… wrócić po środki na nową „przygodę”.
W tej postaci ludzie gotowi są przymknąć oko na wszystkie niedogodności systemu, czasem tylko kiedy przegnie czy da za mało – coś tam poburzą się, coś tam z góry spadnie i znowu jest pięknie, wszystko gra. Nikt nie pali się do zmieniania czegoś na serio; dla frajerów, którzy wolą dostać białą niż czerwoną pałą (i vice versa) są wybory, które niczego nie zmieniają, dla tych którzy to wi(e)dzą zaś – lipność polityki i brud, który sprawia, że lepiej się do niej nie mieszać, zostając w domu.
Jeszcze 10 – 20 lat temu ludzie widzieli sens w społecznym zaangażowaniu, widzieli nadzieję na godne życie w samorządnej rzeczypospolitej. Dziś oddają swój głos partiom politycznym, Kościołowi, fachowcom od rządzenia lub przekonaniu, że politykę trzeba olać – efekt w każdym wypadku jest ten sam – nie mają nic do powiedzenia na temat tego, co dzieje się z ich życiem, zwłaszcza w szerszym wymiarze społecznym, ale w praktyce i w osobistym (mogą wybrać najwyżej -i to nie zawsze- jakim kółkiem czy trybikiem w maszynie będą i w co się będą bawić, ale wyjść poza dziecko = maszynę nie potrafią już). Niektórzy próbują wyjść z układu uciekając w duchowość (na ogół na prostackim poziomie wejścia w nowy układ sekty), inni -choć u nas to rzadkie, bardziej znane na Zachodzie- próbują zniszczyć system kamieniami, koktajlami Mołotowa czy bombami. Czasem obie drogi się łączą i wówczas mamy do czynienia ze świętą wojną, choć ta na ogół jest reakcją reszty świata, szczególnie państw islamskich, na system rynkowy i wewnątrz niego jest już niemodna. Tu dominuje jako forma oporu raczej ekologia.
Czy ktoś widzący marność tego świata (i „nie mogąc dłużej żyć w wyhodkowej atmosferze”, jak pisał w 1907 terrorysta J. Piłsudski) ma prawo go zniszczyć, jeśli inni chcą żyć w owym bagnie ? Czy musi to zachować dla siebie, walcząc z szatanem tylko we własnym sercu, a nie w otoczeniu ? A czy społeczeństwo ma prawo spychać takiego kogoś na margines tylko dlatego, że woli święty spokój i życie w gnoju ? Ba, okazuje się, iż dzisiejszy „wolny świat” jest totalitarny i nie toleruje „nie – wolności” nawet na marginesie (sekta Coresha w USA), czy poza swoimi granicami…
Co robić kiedy nie ma dokąd odejść i walka bywa często jedyną alternatywą, kiedy nie interesuje nas ani praca dla systemu, ani wakacje na skonsumowanie jej owoców ? A przecież zaangażowanie społeczne i rozwój duchowy są istotnymi elementami pełni człowieczeństwa, elementami, których w świecie produkcji i konsumpcji wyraźnie brakuje, co redukuje nas do dziecka – maszyny. Nie znaczy to bym redukował znaczenie pracy i zabawy, metafizyka społeczna byłaby bez nich jedynie przegięciem w drugą stronę.
Pełnia człowieczeństwa wymaga zarówno dziecięcej zabawy, młodzieńczego buntu i dojrzałej pracy, jak i doświadczonej mądrości, przy czym nie musi być tak, że zadanie tej czy innej fazy życia w swej wyłączności pomija całą resztę – przeciwnie, stale potrzebna jest całość, bo bez niej poszczególne elementy wypaczają się i zmieniają w swoje przeciwieństwo. Ta zasada obowiązuje nie tylko w życiu jednostki, ale i całego społeczeństwa. Kiedy praca i zaspokajanie potrzeb zmienia się we własność i pogoń za zyskiem, poszukiwanie prawdy o sobie i świecie w kościół i dogmaty, zaangażowanie społeczne w politykę i przymus państwa, a pragnienie wolności w totalne zniszczenie – nie jest dobrze – jednostronne wzmocnienie dobra rodzi zło. Historia zna niszczące człowieka systemy teokratyczne i absolutystyczne, czy krwawe rewolucje. Obecny system nie wydaje się zły, bo część kosztów przerzucił z ogółu społeczeństwa na jego najbardziej upośledzonych członków, na kraje tzw. III-ego świata, a zwłaszcza na przyrodę. Jednak rachunek (w postaci wzrostu przestępczości, islamskiego terroryzmu czy powodzi) wcześniej lub później przyjdzie nam zapłacić. Alternatywą mogłoby być zrównoważenie rozwoju, nie kosztem czegoś a przy współpracy całości.
Jak jednak doprowadzić do zaniechania walki o byt i zastąpienia jej pomocą wzajemną, gdzie szukać źródeł harmonijnego rozwoju człowieka i społeczeństwa, ludzkości i całej planety ? Przyznaję, że nie wiem. Potrafię tylko pokazywać minusy obecnego stanu, apelować o zmiany itp., siłą bowiem narzucać niczego nie chcę (jak bowiem np. dać wolność komuś, kto jej nie chce). Czasem myślę, że to jednak się stanie, że wymusi to Matka Boska Ziemia lub bunt mas (a może elit ?)… Czy jednak owa ozdrowieńcza katastrofa nie przerośnie człowieka i nie strąci korony stworzenia z oceną niedostateczną ?! W końcu czemu mamy być lepsi od dinozaurów…?

J@ny
by admin

Falujmy! Kurwaaaaa!!! Falujmy!

9 sierpnia, 2013 w Gutin, Stare LaBestie by admin

Ostatnio siedząc w górach załapałem, że bardzo warto jest być samolubem. Tak się nie mówi. Tak mówić nie wypada, ale to prawda. W górach Moralność, Braterstwo, Altruizm się szybko wycierają, jeśli w ogóle może się wytrzeć coś, co nie istnieje. Widziałaś takie coś: Góry w chmurach, chmury w górach, chmury nad górami, góry nad chmurami? – wszystko względne – metafizyka meteorologiczna… jak widziałaś, to wiesz o co chodzi. W górach jest się zawsze na właściwym miejscu – na miejscu bez wcześniejszej rezerwacji, bez odwrotu i bez znieczulenia. Na góry nie ma 50% ulgi, w ogóle nie ma biletu, (chyba, że jacyś kretyni ustanowią park narodowy, ale to dekadencja i schyłek, a ja zupełnie nie o tym chciałem) cała ta kanapiana cywilizacja, którą zawsze mamy w odwodzie, choć raz nie istnieje! Hurra!
Ale, ale! – wcale nie chodzi mi o to, że niebezpiecznie, można zabłądzić, czy coś tam… To tematy z tablic ostrzegawczych na szlakach. (A tam, gdzie są tablice ostrzegawcze, szlaki, może nie być już gór). Mi chodzi o to, że w górach właściwie to nic się nie dzieje. Jest pusto. Jest w miarę cicho. Nie ma sensu patrzenie na taki mechaniczny zegarek. Dookoła, gdzie by nie spojrzeć, widać wielki zegar. Słyszałem, że niektórzy jadą w góry, żeby odpocząć od zegarków odmierzających „cywilizowane” życie. No ale w górach jest tysiąckrotnie gorzej!
Wielki zegar odmierzający „dzikie” życie czai się dookoła. Nie można wtapiać kolejnych godzin przed telewizorem, nie można krokiem rozlazłej lampucery po wszystkim ruszyć na podbój lodówki, wjebać piccę i śpimy. Najlepiej na podłodze w kuchni, bo po co dalej się toczyć? W górach co spojrzenie, to wiesz, że pora jest taka, a nie inna, że teraz zrób to, a później tamto. Można nie robić, ale w ostatecznym (i prawie natychmiastowym) rozliczeniu dostaje się kwit za to, co się zrobiło, lub za to, że się zaniechało. Jedna doba bez jedzenia zmienia stan świadomości lepiej niż wszystkie młodzieżowe związki chemiczne razem wzięte. Nie palisz ogniska, nie gotujesz – to nie jesz. Nikt nie płacze. Nikt się nie nabija. W ogóle nie ma kwestii. Tylko pusty żołądek. Dobra, bracia turyści poratują… Pytanie tylko, jak długo? Jak sami pogłodują, to się skończy miłosierdzie (zaczną cenić jedzenie). Jak pogłodują razem to się skończy egoizm (nie będzie wałówy, o którą będzie się można pobić, to nie będzie o co być egoistą, he, he). Zacznie się za to normalne, zwyczajne bycie w rzeczywistości. Zacznie się wspólne kombinowanie, jak by tu pożyć. A jak nie wspólne, jak razem nie po drodze, to prawie tak samo. Tylko wielki zegar głośniej tyka samotnemu wędrowcowi w górach.

„Przywołuję przed siebie cały wielki strach
aby pozbawić go mocy niepokojenia mnie”

Udało mi się przywołać. Słyszałem, że niektórzy na kwachu przywołują. Mi się świetnie przywołał w górach. Ja sobie go oglądałem i zapamiętywałem w mnóstwie odmian. Pozbawić mocy niepokojenia nie udało mi się. W ogóle nie doszedłem do tego poziomu. W ogóle nie szedłem w tym kierunku, bo to kierunek rozważań teoretycznych. Ja szedłem w kierunku na Osmołodę. To był północny wschód. Tam był sklep i autobus powrotny. Nie, wcale mnie nie przygięło. Jak ktoś przeczyta, to pomyśli, że śmierć głodowa zaglądała mi do oczu, itp. Nic z tych rzeczy. Po prostu byłem ogólnie zjebany. Głodny między innymi też, ale tak raczej żeby się nawpierdalać i siąść, i nic nie robić. Jeszcze parę innych spraw, typu nogi opuchnięte w mokrych butach, brak sprzętu na kosówkę. Warto być samolubem w takich sytuacjach i wynurzyć się jak najszybciej, błyskawicznie na powierzchnię, wdychać powietrze dawniej nie zauważane, a teraz tak cudowne. Zresztą, po co ja to piszę? Jak wiesz, to wiesz, i zapierdalasz do tej wsi jak na skrzydłach, i żyyyyjesz! Po pewnym czasie sprawy się odwracają, i znowu ma się ochotę zanurkować w góry, wstrzymywać oddech przez długie godziny, zaczynać oddychać wewnętrznie. Przywykać nawet do oddychania wewnętrznego – do czasu…
Więc falujmy! Przechodźmy na stronę drugą. Przechodźmy przez lustra. Może lepsze to niż przechodzenie przez ściany (rewolucja) – bo przy tym, to naskórek można sobie obetrzeć!

Roger

Acha, jeszcze pytanie, gdzie znaleźć takie góry ? Jak dla mnie, to Gorgany (Karpaty Wschodnie na Ukrainie) były objawieniem. Słyszałem, że w Rumunii też jest głęboko…

by admin

Światło w trzech odsłonach

9 sierpnia, 2013 w Stare LaBestie, Szimek by admin

Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością,

jakże wielka to ciemność  [Mt. 6.23]

Wydawało by się, że w Stumilowym Lesie wszystko jest tak proste, ciemność jest ciemnością a światłość światłością. Wydawało się, że Tygrysek może spać spokojnie, gdyż nawet nie posiadając czarnych pasków jest nadal Tygryskiem, a Prosiaczek nadal jego przyjacielem.
Mateusz podważa istotę bytu, wprowadza bardzo charakterystyczne dla chrześcijaństwa sposby zaszeregowania bytów do zbiorów rzeczy dobrych i rzeczy złych. Zaszeregowanie, które tylko i wyłącznie zależy od kaprysu oceniającego. Nie porównując ocenianych rzeczy z przyjętą moralnością i etyką, co więcej, nie zastanawiając się nad krańcową celowością istnienia tych rzeczy. Światło (czy. oświecenie), które dostępne jest w człowieku, bardzo łatwo można przedstawić w postaci najstraszniejszego opętania przez negatywne i złe siły. Opętanie można przedstawić w postaci świętego objawienia. Tak łatwo można przewartościować człowieka, że ze świętego w opinii wszechwiedzących robi się diabła (Judasz), a z diabła tworzy się świętego (Loyola). Jakże niestała jest szata chrześcijańskiej fortuny.
Mało kto widzi w Judaszu osobę świętą, jednak i taką postać można w nim dostrzec. Jest on personą bardzo nieszczęśliwą, wplątaną w determinizm tzw. zbawienia. Ktośkto miałnad nim władzę postanowił zakpić z niego, „ten, który jest” postanowił, że będzie on nie tylko człowiekiem, lecz także istotą posłuszną na kaprysy. Zdarzyło się więc tak: Iskariota został zmuszony przez Piotra i Pawła do sprzedania za garść srebrników „Króla wszystkich Żydów”. Ktoś to musiał przecież zrobić, żeby przepowiedniom stało się zadość, a przecież nie można w nieskończoność czekać n a „tego, który ma przyjść” – bo w końcu nie przyjdzie. Wielkiej fortuny na tym jednak nie zrobił, bo cóż można kupić za garść srebrników. Kawałek pola? Nim też nie mógł się zbyt długo cieszyć. Zrobił to z miłości do „najwyższego”, bo ktoś to musiał zrobić. Nie rozumiał tylko, dlaczego tych dwóch facetów przez korych wplątał się w to wszystko kazało mu założyć na głowę tę dziwną obrożę przywiązaną do najwyższej gałęzi na drzewie i dlaczego wszyscy przyjaciele spluwają w jego stronę. Przecież obiecywali, że będzie tak fajnie, nie powiedzieli mu tylko jednego, że będzie fajnie dla wszystkich… – oprócz niego. A był to taki zwykły człowiek, który chciał uszczęśliwić wszystkich żydów.
Natomiast Ignacy zwany również św. Loyolą, był światłością a światłość była w nim prawdziwa, więc nieprawdą jest, że zabił setki ludzi i nieprawdą jest, że jego zgromadzenie przyczyniło się do zmniejszenia się populacji innowierców. Przecież jego matka mówiła:
– To był taki grzeczny i bogobojny chłopak, muchy by nie skrzywdził i żyda nie przepuścił. Żył sobie tak prosto i po bożemu. A takie … to psy na nim wieszają.
…Prosiaczek poznał swego przyjaciela pomimo tego, że nie miał pasków.
– To ty, Ty Tygrysku! – krzyknął swoim piskliwym głosem. I od tej chwili wiedział, że najważniejsze jest to co znajduje się w środku, a nie na zewnątrz…

SZYMEON zwany szymeonem apostatą
Jany by Jany

PAN, BÓG i PIWO

9 sierpnia, 2013 w Jany, Stare LaBestie by Jany

,,Jeden woli Mozarta, drugi jak mu nogi śmierdzą”
W tym świecie, a tylko w nim ma sens nasza rozmowa, nie ma prawdy obiektywnej, są prawdy mniej lub bardziej (inter)subiektywne; każdy ma jakąś tam rację, która jest wystarczającą dla niego – jeśli przestaje nią być – szuka lepszej bądź gubi się. Nikt inny nie może za drugiego wiedzieć, czego potrzebuje – więc nikt nie ma prawa mówić, co jest dobre dla innych, zwłaszcza gdy z nim samym nie jest najdobrzej. A tak właśnie jest z Kościołem, który dawno już utracił żywotność i wpływ na morale wiernych, za to nieustannie pcha się z paragrafami w nasze życie.
Moim głównym zarzutem przeciwko chrześcijaństwu jest dosłowność rozumiana nie tylko jako dogmatyzm, ale i zastępowanie ducha literą, mitu historią… „Prawda, którą możemy wyrazić słowami, nie jest prawdą” powiada Lao tsy w „Tao te kingu”. Żaden opis H2O nie powie nam czym jest woda naprawdę, musimy ją zobaczyć, dotknąć, posmakować, zanurzyć się w niej. Tak samo jest i z bogiem (czy raczej – Panem; etymologicznie -a i teologicznie- rzecz biorąc słowo „bóg” oznacza (sz)część(e), dolę, (u)dział etc., tymczasem bóg jako absolut oznacza pełnię a nie osob(n)ę i temu stanowi rzeczy odpowiada imię „Pan”). Nie można opisać całości, bo nawet gdybyśmy poświęcili na to całą wieczność i napisali milion biblii, to i tak obok wszystkiego zaistnieje ów opis, a jego uwzględnienie będzie wymagało kolejnego opisu, który zaistnieje obok, no chyba, że i to opiszemy, ale wówczas ów opis… i tak bez końca.
Tymczasem chrześcijanie twierdzą, że mają książkę, w której zamknęli Pana (boga), i że -mimo sprzeczności pomiędzy jej częściami- ich bóg to bóg prawdziwy, ba – że inni ludzie mają ich w związku z tym słuchać etc. No więc wziąłem to do siebie i: 1) nie będę miał innych (nota bene – a więc są inni !?!?!) bogów przede mną. Nie potrzebuję niczego więcej od nich, bo nic mądrego o Panu mi nie mogą powiedzieć. Ale mówią, mówią bez przerwy – bowiem słowa są potrzebne kapłanom, by móc rządzić ludźmi. Gdyby przyznali za Orygenesem (jednym z Ojców Kościoła uznanym potem za heretyka), że mit chrześcijański to nie jest historia a metafora stanu duszy – byliby bliżej prawdy, lecz nie mogliby z tego wyciągać doczesnych wniosków (korzyści). Tymczasem niepokalane poczęcie, zmartwychwstanie itp. są tak samo duchową metaforą jak podniebne loty szamanów, wędrówki wizjonerów po piekle czy sabaty czarownic, których poza wyobraźnią inkwizycji i milionów jej ofiar ani razu (!) nie potwierdzono. Mistrz Eckhart powiedział kiedyś mądrze, że „bóg jest w sercu nie w kościele” (a „kto nie ma boga w sobie, temu przeszkadza nie tylko gwar ulicy, ale i cisza kościoła”). Wolę więc odczytywać mity chrześcijańskie samemu, bez pośrednictwa klechów, którzy zabijają ducha literą – bo to nie ciało, natura etc. jest wrogiem ducha, ale dogmatyzm ! Jest to bliskie zresztą naszej „starinie”, tradycyjnej kulturze (tak słowiańskiej, jak i szlchecko – sarmackiej), która widząc swą młodszość kulturową chętnie sięgała po obce inspiracje, zachowując jednak prawo do ich samodzielnej interpretacji, wydając przy tym owoce o wiele ciekawsze (dla mnie) niż wschodni i zachodni dogmatyzm. Słowiańszczyzna posiadała np. mit o stworzeniu świata przez boga i nieboga (diabła, człowieka), czasem Chrystusa Emanuela i jego starszego brata bliźniaka – Lucyfera Satanaela. Ślad tego pozostał w przysłowiach mówiących o konieczności kooperacji „dobra” i „zła” w tym świecie (poza nim nie istnieją !): „chłop strzela – pan bóg kule nosi”, „boga czcij i ręki przykładaj” (inaczej „coś na bóg zdał, to już stracone”), „boga czcij a diabła nie gniewaj” czy „panu bogu świeczkę a diabłu ogarek” (by „wilk był syty i owca cała” ?). Ale także w otwartości (bardziej akceptacji dla prawa do odmienności niż tolerancji) wobec innych pomysłów, która wynika z owego dualizmu; uniwersalizm głosi, że bytem jest tylko „dobro” (czyli my i to, co jest -dla nas!- dobre), a „zło” to niebyt, brak „dobra”, bunt przeciw niemu… Jest to pozbawieniem „zła” prawa do bytu samoistnego, do istnienia w ogóle. Tymczasem dla dualisty obok „dobra” (ja) istnieje „zło” (ty), istnieje niezależnie, bez względu na to, czy w walce (Ahura Mazda contra Aryman w Iranie), czy we współpracy, komplementarnie (u Słowian i w taoizmie: in i jang). To dlatego przyjście Persów na Bliski Wschód położyło kres wojnom religijnym na unicestwienie, porywaniu całych ludów etc. (m.in. kres niewoli babilońskiej Żydów), jednak bliskowschodni uniwersalizm niczego się nie nauczył, ba – podrzucił nam swoje zgniłe jajo w postaci dogmatycznego chrześcijaństwa (i jego skrajnej nienawiści do dualistów – albigensów (katarów) na Zachodzie i bogomiłów (paulicjan) na Wschodzie).
O alternatywie sarmackiej pisaliśmy już nie raz, nie będę więc tu tego tematu rozwijał. Chciałbym za to jeszcze raz powrócić do idei czwórcy świętej (której symbol, krzyż z półksiężycem, zdobił kresowe kościoły i cerkwie w Rzeczypospolitej, luterańskich kirch nie wyłączając), a którą jako PIWO głoszę (PIWO to skrót od prostaczek – inteligent – wariat – oświecony; matka (NMP) – syn (boży) – (bóg) ojciec – córka (duch święty, mądrość boża – Sophia) w nomenklaturze chrześcijan); otóż jeden lubi być prowadzony za rączkę, drugi szuka, a inny głosi że prawdę znalazł, zaś ten „kto zna prawdę – nie mówi” (Lao tsy) i tak jest dobrze, tak być powinno. Bo „religia” (brzydkie słowo, ale nie mam lepszego) powinna być adekwatna do stopnia rozwoju duchowego jednostki, tymczasem klechy (W) twierdzą, że wiedzą co jest dobre dla nas i chcą nas prowadzić za rączkę (P), przeciw czemu część z nas się buntuje (I) i wszyscy mówią o bogu (że jest, że nie jest, że chce tego czy tamtego, tak jakby ten, który jest wszystkim, mógł chcieć czegokolwiek), a to przecież bzdura (O). I wszyscy mają rację, swoją i dla siebie.

aMen+

JAny
by admin

Krótkie kazanie o chrześcijańskiej tradycji

9 sierpnia, 2013 w KaMog, Stare LaBestie by admin

Napisanie tego eseju chodziło mi po głowie od ponad dwóch lat zawsze wtedy gdy zbliżały się chrześcijańskie święta lub inne dni związane z pogańskimi kultami. I wreszcie, niejako w przededniu equinoxu roku 1997, udało mi się cel zrealizować.
Wszystkie religie wydają się zawierać cztery podstawowe elementy: wiarę w bóstwa, hierarchię wartości (zależności), istnienie sacrum i profanum oraz tradycję. O ile założenia trzech pierwszych stanowią filar natury filozoficznej i są przedmiotem badań teologów, różnych szkół filozoficznych, a przez instytucje struktur wyznaniowych i wierzących uważane za dogmat, tak czwarta część jest formą bardzo żywotną i jako jedyna przejawia się na zewnątrz w postaci rytuałów, obrzędów oraz celebracji świąt. Tylko ten element wydaje się leżeć w zainteresowaniu całej społeczności wyznającej jakąś religię, gdyż pozostałe nie podlegają żadnej dyskusji, są założone a priori. Jakże często zapomina się o nich doprowadzając do tego, że dany kult przejawia się w zewnętrznej, pozbawionej ducha, obrzędowości ! Jedynie dzięki tradycji wierzący mogą potwierdzić swą przynależność do jakiegoś systemu, wyznać wiarę czy mocno zaakcentować i pokazać innowiercom swoją doktrynę, co charakteryzuje wszystkie monoteistyczne fundamentalizmy. Tradycja ma być historycznym udowodnieniem słuszności i prawdziwości danej religii, ma spajać wiarę i przyciągać ludzi o odmiennych poglądach, gdyż „tak było od początku”, a „nasza obrzędowość to pamiątka ważnych wydarzeń mających miejsce w przeszłości”. Zatem jedynie tradycja może potwierdzić niemal namacalnie ważność i doniosłość kultu. Czyni tak za pomocą pism i mitów, zbiorów przypowieści, kodeksów, opowieści i legend przekazywanych ustnie; obrzędowości opartej na ww. środkach przekazu informacji.
Możemy wiec stwierdzić, ze obalenie tradycji teoretycznie powinno doprowadzić do upadku jakiegoś systemu religijnego; wraz ze zniknięciem obrzędowości pierwsze trzy aspekty kultu tracą zupełnie sens gdyż pozbawione są fizycznej formy wyrażającej potrzebę ich istnienia. Tak jednak się nie dzieje. Dlaczego ? Po pierwsze, ludzie z natury bardzo przywiązują się do danego stanu rzeczy, po drugie, życie zawsze związane jest z tradycją, jej brak tworzy duchową pustkę, wytworzenie substytutu dla nieaktualnych poglądów dotyczących wiary przerasta możliwości przeciętnej jednostki, po trzecie ludzie boją się spojrzeć prawdzie w oczy, nie chcą uświadomić sobie, że przez całe życie mylili się i wreszcie po czwarte, są po prostu głupi i zakłamani. W innym przypadku chrześcijaństwo upadłoby już dawno.
Zajmiemy się jedynie świętami obchodzonymi przez Kościół chrześcijański. Ich podobieństwo z innymi, o wiele starszymi obrzędami pogańskimi jest zaskakujące. Zastanawia fakt, że Kościół rzymsko-katolicki datę urodzenia Chrystusa (25.XII) przyjął dopiero na przełomie wieku III i IV. Ewangelie nie wspominały nic o dniu przyjścia na świat Jezusa. Kościół wschodni celebrował tą uroczystość 6 stycznia jeszcze w IV w. Czym kierowano się wybierając 25 grudnia jako dzień święty ? Istniał niezwykle praktyczny powód. Dzień ten obchodzony był przez pogan za święte narodziny słońca (zimowe przesilenie dnia z nocą). Chodzi tu o ogromnie popularny w owym czasie kult Mitry, Słońca Niezwyciężonego (Sol Invictus) oraz o przepiękny starogermański obyczaj Yule, również związany z kultem solarnym, kiedy to wymieniano dębowe kłody w domowych paleniskach. Kościół musiał zlikwidować ten pogański obrzęd, tym bardziej, że wielu chrześcijan ulegało urokowi tej ceremonii. Istnieją ponadto silne analogie ze świętem Ajona, Boga – Słońca, którego urodziła dziewica (Dea Caelestis !). Większość pogańskich świąt wywodzi się właśnie z tych dawnych ceremoniałow toczących się wokół czterech pór roku, zależnych od pozycji słońca na niebie. I tak kolejno: letnie przesilenie (święto Jana CHRZCICIELA) obchodzono jako święto przesilenia i WODY (!). Zresztą, tradycja chrztu także nie jest niczym nowym. Pogańskie święta międzykwartalne, a więc obchodzone między przesileniami, także zostały zastąpione przez chrześcijańską tradycję. 1.V, celtyckie Beltaine, podczas którego rozpalano na wzgórzach nowe ognie i dzień, w którym Europa witała wiosnę tańcami wokół majowego słupa, zbieraniem kwiatów oraz obrzędami płodności został poświęcony przez Kościół Maryi (procesje i majowe wieńczenie). Uroczystość wniebowzięcia Maryi (1.VIII) zastąpiła celtycki Lugnasad, święto Diany czy Lammas 31. X. chrześcijanie obchodzą dzień zmarłych. Wcześniej Celtowie celebrowali Samhain, również związany z kultem zmarłych i „śmiercią” lata. Na początku lutego obchodzi się święto Matki Boskiej GROMNICZNEJ. Jest to oczywiście dzień międzykwartalny pomiędzy zimowym przesileniem, a wiosennym zrównaniem, niegdyś Imbolc, poświęcone obrzędom oczyszczenia przez wodę i OGIEŃ (!), wiązało się także z początkiem mleczności owiec. W dzień św. Jerzego odbywały się uroczystości Parilia i tak można wymieniać bez końca. Zajmijmy się jednak najważniejszym chrześcijańskim świętem: Wielkanocą oraz związaną z nią Ostatnią Wieczerzą. Już Aztekowie znali teorię przeistoczenia materii w ciało boga. Wierzyli, że kapłani poświęcając chleb mogli go przemienić tak, by spożywający go otrzymywali komunię z bóstwem poprzez wchłonięcie części boskiej substancji. Aztekowie kawałki odpowiedniego ciasta nazywali ciałem i kośćmi Vitzilipuztli, ich boga. Teolog Carl Schneider pisze: „Paweł i członkowie jego greckich gmin przeżywali to samo, co mistrzowie eleuzyjscy podczas świętego hykeonu, co wyznawcy kultu Dionizosa – w chwili gdy podawano […] sobie puchar wina; co wyznawcy kultu Kybele – w czasie jedzenia i picia ze świętego kymbelonu i tympanonu, a czciciele Mitry – przy spożywaniu chleba i wina”. Oto przykłady bogów, którzy zmarli (często na krzyżu) powrócili z martwych (nieraz po 3 dniach), a ich celem było odkupienie ludzkości: babiloński Tammuz, syryjski Adonis, frygijski Attis, egipski Ozyrys, tracki Dioniozos, Sabazjos, zaś Bel-Marduk, Pan nad Panami, dobry pasterz (!) „został aresztowany, przesłuchany, otrzymał wyrok śmierci, był biczowany, po czym nastąpiła egzekucja – równocześnie z egzekucją pewnego zbrodniarza, innego zaś zarazem puszczono wolno. Jakaś kobieta otarła płynącą z serca, z zadanej oszczepem rany, krew tego boga !” (K. Deschner).
Oczywiście wielu chrześcijan może oponować i twierdzić, że święta te mają charakter symboliczny, a ich pogańskie korzenie potwierdzają tą tezę. Występują wówczas przeciwko dogmatom własnego Kościoła, który uważa te wydarzenia za historyczne fakty, a ich bohaterów za prawdziwe osoby, a nie jedynie wyobrażenia mające personifikować boskie słowo. Po co w ogóle o tym piszę ? Wielu ludzi daje się zwieść fundamentalistycznym pretensjom do posiadania ostatecznie słusznej wizji świata, naiwnej pewności, że monoteistyczne dogmaty są oryginalne i jedyne w swoim rodzaju, a wreszcie ulegają, jak pisze sir James Frazer w swej kultowej „Złotej gałęzi”: „giętkiej polityce, wygodnej tolerancji, wyrozumiałości władz kościelnych pojmujących, że chrześcijaństwo może podbić świat jedynie rozluźniając zbyt sztywne zasady swego Twórcy, rozszerzając troszeczkę wąską furtkę prowadzącą do zbawienia”. To bardzo niebezpieczna postawa przejawiająca się w każdej sferze ludzkiego życia, nie tylko religijnej ale i w politycznej czy ekonomicznej. Dajemy się zwieść czemuś, co przy bliższym wglądzie okazuje się być wielką iluzją.
Co powinniśmy wobec tego robić ? Pozwolę sobie zacytować fragment „Poganizmu i deifikacji kultury” Marcela Rose’a :„Jak daleko w przeszłość powinniśmy się cofać ? Wyznawcy „bogini” mają rację, iż jej kult poprzedzał wszystkie inne poganizmy, jako że sięga aż czasów neolitu, ale dlaczego zatrzymać się w neolicie ? W czasie epoki lodowcowej w Europie czczono niedźwiedzia. Czy więc każdy […] nie powinien czcić niedźwiedzia ?” Znajduje też niejako rozwiązanie nurtującego nas problemu: „Świat leży przede mną, wezmę to co zechcę, a resztę odrzucę i do diabła z czystością kulturową !”. Żyjmy zatem z tym co istniało zawsze, czcijmy, to co zasługuje na nasze uwielbienie. Będziemy wtedy o wiele lepsi i szczęśliwsi. Magic – Freedom – Art.

Ka .:. Mog
by admin

PARTIE KRADNĄ

9 sierpnia, 2013 w Inne, Stare LaBestie by admin

Partyjny sejm (osoby bezpartyjne nie mogą być bowiem doń wybrane – nawet gdyby ostały w swym okręgu 100% głosów nie przekroczą progu 5% w skali kraju) do tej pory słynął z przyznawania sobie wysokich diet; teraz posłowie postanowili odwdzięczyć się swym partiom i uchwalili, że te z nich, które zdobędą w wyborach ponad 2,5% -a więc wszystkie sejmowe i parę z tych, co się do sejmu nie załapią- dostaną dotacje z budżetu państwa, a więc z pieniędzy zrabowanych nam przez rząd w ramach podatków, których nie starcza ponoć na oświatę, służbę zdrowia, opiekę społeczną, bezpieczeństwo… etc. Najbardziej oburzające jest przy tym to, że obywatel zostaje zmuszony do finansowania nawet tych partii, przeciwko którym głosował, a cały cyrk jest po to, by utrwalić ten państwowo – mafijny układ.

(-) bezpartyjny